W latach 60. i 70. polska informatyka rozwija skrzydła, zrywa się do lotu. W przemyśle komputerowym zostaje pokonany próg dzielący eksperymentalne konstrukcje laboratoryjne od produkcji przemysłowej. Komputery, minikomputery, elektroniczne kalkulatory stają się coraz powszechniejszym narzędziem w pracowniach naukowych, biurach projektowych, w zarządzaniu i sterowaniu gospodarką.
„Oni tryskają telentami. Są to ludzie dystansujący o wiele długości swą wiedzą i oryginalnością rozwiązań większość naszych rutynowanych konstruktorów. Kiedy pokazano mi ich własne konstrukcje, zrozumiałem, że niewiele brakuje, aby to Stany Zjednoczone mu-siały w to jeszcze nie grozi. Polaków, razem z ich eksplozją talentów, gubi najprostsza technologia. Kiedy zamawiają partię oporników po sto omów, połowa partii ma 90 omów, a druga połowa - 110. Kiedy potrzebują kawałka kabla pięciożyłowego, muszą pisać podanie do ministra. Kiedy wielkim nakładem czasu i pracy skonstruują jakiś piekielnie pomysłowy podzespół, okazuje się, że nie ma dostatecznie cienkich wierteł albo śruby o wymaganym gwincie, albo najprostszych kondensatorów. Oni po prostu przeskoczyli cały wiek XIX”.
Te słowa członka misji amerykańskiego Departamentu Handlu, wizytującej je-sienią 1965 roku zakłady Elwro we Wrocławiu, zapisał znany publicysta Wiesław Górnicki. Jak sam dodał, „nie miał prawa uczestniczyć” w tym zebraniu, a „członkowie delegacji nie wiedzieli, że na sali znajduje się polski dziennikarz; mówili tak, jak jeden amerykański fa-chowiec rozmawia z drugim”.
Mimo to już od końca lat 60., pisał Jerzy Fiett w roku 1988, „zaczęliśmy odstawać o jedną generację sprzętu informatyki (...) Ograniczając się do aspektów technicznych, można najogólniej stwierdzić, że przyczyna jest podobna, jak w przypadku Babbage’a - trzyma nas technologia. Dzisiejszy sprzęt informatyki to przede wszystkim szybkie układy o bardzo wielkim stopniu scalenia, niezawodne, odporne na oddziaływanie czynników zewnętrznych, to superprecyzyjne trwałe i niezawodne mechanizmy twardych dysków i drukarek mozaikowych. Układy scalone z kolei - to podzespoły, o których jakości, szybkości działania i stopniu scalenia decyduje znów poziom mechaniki precyzyjnej i optyki. Zmieniły się dekoracje - sztukę gramy ciągle tę samą - i w czasach Babbage’a, i dziś. Bez opanowania technologii na miarę współczesnych potrzeb coś się musi zaciąć i zacina się...”
Byłoby jednak ”wielkim uproszczeniem upatrywanie jako jedynej przyczyny wy-hamowania dobrego tempa rozwoju polskiej informatyki z okresu 1957-1967 wyłącznie w ogólnym opóźnieniu technologicznym kraju. Mimo tych znacznych trudności sukces osiągano tam, gdzie konsekwentnie realizowano jasno wytyczone i zaprogramowane cele, gdzie udało się utrzymać ciągłość gromadzenia doświadczeń poprzez stabilną, systematycznie specjalizującą się kadrę (...)
Natomiast „wszędzie tam, gdzie ujawniły się partykularyzmy, rozgrywki personalne, brak odpowiedzialności przy podejmowaniu decyzji o strategicznym znaczeniu - powstawały turbulencje, zaprzepaszczano zgromadzony dorobek lub włączały się trudne do nadrobienia opóźnienia”.
Wraz z odzyskaną niepodległością, powrotem do rodziny państw demokratycznych i wejściem w sferę wolnego rynku, Polska otwierała się na świat. Upadały bariery polityczne i administracyjne krępujące rozwój techniki i gospodarki. Przed Polakami zarysowywały się nowe, dotąd niedostępne możliwości działania, zmniejszania dystansu dzielącego ich od społeczeństw w krajach wysoko rozwiniętych.
I również - nowe wyzwania. Otwarcie na świat oznaczało bowiem nie tylko dostęp do najnowszych osiągnięć technicznych i technologicznych Zachodu, lecz również otwarcie rynku krajowego dla zagranicznych, bez wątpienia znacznie nowocześniejszych produktów. Tak więc polski przemysł informatyczny znalazł się na pozycji jeśli nie przegranej, to z punktu widzenia handlowego bardzo trudnej. Konkurowanie w warunkach nierównego startu, nierównych sił partnerów prowadzi z natury rzeczy do porażki słabszego. Chyba że potrafi on dostrzec i podjąć szanse tkwiące w kontakcie z partnerami znajdującymi się na znacznie wyższym poziomie techniki, technologii i organizacji pracy. I to partnerami, od których już nie odgradza kurtyna embarga - politycznego, ekonomicznego i wręcz wojskowego.
W nowej sytuacji ujawniły się jednak ze zdwojoną siłą rozliczne słabości odziedziczone po poprzednim reżimie. Pierwszą z nich był ówczesny brak zrozumienia dla wyjątkowego znaczenia informatyki w życiu nowoczesnych państw i społeczeństw. Z zadziwiającym uporem nie uznawano tej dziedziny za jedną z potencjalnych lokomotyw rozwoju gospodarczego i społecznego. Mimo wszelkich gołosłownych deklaracji w istocie trzymano się kurczowo starej hierarchii działów i gałęzi gospodarki, nie umiejąc odejść od dawno zdyskredytowanej zasady pierwszeństwa przemysłu ciężkiego, skądinąd niezwykle kapitało- i materiałochłonnej. Uczciwie trzeba, co prawda, przyznać, że głównym powodem takiej polityki były zapewne zobowiązania Polski Ludowej – gospodarcze i wręcz militarne - wobec RWPG i Układu Warszawskiego. Faktem był w każdym razie brak odpowiednich środków na realizacje programów rozwojowych polskiej informatyki, w szczególności – polskiego przemysłu komputerowego. Nadto do głosu dochodziło wynikające ze swoistego kompleksu lekceważenie dla tego, co polskie, niedocenianie wartości myśli i osiągnięć rodzimych.
Dla zagranicznych, międzynarodowych koncernów Polska była dostatecznie dużym i łakomym kąskiem ekspansji, by natychmiast skorzystać z okazji mocnego usadowienia się na polskim rynku. Konkurencja firm dysponujących potężnymi środkami i wypróbowanymi metodami marketingowymi oraz wysoko rozwiniętymi technologiami, musiała doprowadzić do faktycznego skasowania krajowego przemysłu informatycznego, niemal całkowi-tego unieważnienia jego dorobku – z pewnością niewiele znaczącego w skali kontynentu czy świata, ale w wymiarze krajowym nie do pogardzenia.
Jak w tych nowych warunkach umiały się znaleźć poszczególne elementy składowe polskiej informatyki, instytuty i fabryki, okazało się dość prędko. W każdym przypadku decydowało zresztą nie tyle miejsce w krajowym rankingu, co czynnik ludzki, jakość kadry kierowniczej, tak jak była ukształtowana w momencie przełomu. To od niej zależało dobre rozpoznanie sytuacji zewnętrznej oraz właściwe wykorzystanie niemałych zasobów ludzkich i technicznych, to ona musiała dać dowody wyobraźni i energii, wykazać zdolności negocjacyjne, także wobec własnego personelu. Nie jest tajemnicą, że ten egzamin zdali bynajmniej nie wszyscy. Kiedy znikł parasol chroniący dotychczasowe struktury personalne budowane głównie nie na zasadzie kompetencji, lecz posłusznego wykonywania dyrektyw partyjnych, i trzeba było zdobywać się na decyzje śmiałe, niekonwencjonalne - polski przemysł informatyczny przeżył wstrząs o charakterze katastrofy. Wyobraźni i, co tu mówić, odpowiedzialności zabrakło na wielu stanowiskach dyrektorskich, przykładem zgoda ówczesnej dyrekcji zakładów Elwro na demontaż fabryki i rozproszenie wysoko wyspecjalizowanej kadry i załogi. Świadomości wagi problemu i wizji jutra zabrakło również w gabinetach osób decydujących o przyszłości gospodarki w skali ogólnokrajowej.
Z jakim zatem kapitałem, materialnym i intelektualnym, wchodziła polska informatyka w czasy przełomu ustrojowego, który gruntownie zmieniał reguły gry? Krajowej produkcji park maszynowy utracił swoją wartość z oczywistej racji upływu czasu. Zużył się nie tylko fizycznie, ale przede wszystkim moralnie, zdystansowany przez najnowsze zastosowania nauki i osiągnięcia światowej technologii. Ówczesne dokonania w krajowej produkcji komputerów, minikomputerów, rozmaitych innych urządzeń analogowych i cyfrowych - znaczące przed czterdziestu, trzydziestu, dwudziestu laty – oczywiście nie mogą wytrzymać porównania z dzisiejszym stanem rzeczy, gdy PC, laptop czy elektroniczny notes jest banalnie łatwo dostępny, a poprzez Internet nawet najdalsze zakątki naszego globu są w zasięgu ręki.
Jednakże nie zdewaluowała się wiedza i umiejętności nabywane w tamtych latach z takim zapałem i uporem, często wbrew piętrzącym się trudnościom i przeszkodom. To wtedy właśnie zaczęła się informatyczna edukacja Polaków, wychodząca od środowisk naukowych i inżynierskich, a potem ogarniająca wiele innych środowisk zawodowych, dla których sprzęt komputerowy stawał się po prostu narzędziem pracy, zanim w odbiorze już powszechnym mógł stać się przedmiotem codziennego użytku i rozrywki. Co najmniej dwa pokolenia przeszły tę edukację, dając krajowi liczne kadry zdolne do podjęcia wyzwań nowych czasów.
Krajobraz po bitwie, w której polska informatyka tak naprawdę nie stawiała, a może nawet nie była w stanie stawiać oporu, wywołuje uczucia czy raczej opinie mieszane. Z jednej strony są to – przenośnie, ale nieraz i dosłownie – ruiny branży kiedyś stanowiącej chlubę polskiej techniki i przemysłu. Z drugiej wszakże są dowody zaradności i pomysłowości rodaków, ich talentu dostosowywania się do zmienionych warunków i śmiałego wychodzenia na przeciw wyzwaniom. Przykładem najbardziej bodaj przekonującym są narodziny i kariera Optimusa Romana Kluski, i to w Nowym Sączu, z dala od wielkich centrów naukowych i przemysłowych. Nie na tym koniec, bowiem powstały także dziesiątki mniejszych zakładów montujących urządzenia komputerowe, tyle że z importowanych elementów i podzespołów. Nadto – wyrastają niby grzyby po deszczu większe lub mniejsze firmy usługowe i handlowe trudniące się dostawami, serwisem i doradztwem z zakresu informatyki.